HISZPANIA PO SEZONIE 1996


Zmęczeni uciążliwymi studiami, które właśnie udało się nam ukończyć oraz pracą w czasie wakacji w Niemczech postanowiliśmy, przed rozpoczęciem pracy zawodowej, wydać zarobione w pocie czoła marki na cudowne wakacje w Hiszpanii.

Zauroczeni tym krajem byliśmy już przy okazji naszego pierwszego wyjazdu na Costa Brava. Największym wówczas problemem był brak własnego środka lokomocji oraz jak to na wczasach organizowanych bywa, dość sztywne ramy czasowe. Tym razem miało być inaczej. Jechaliśmy całkowicie "w ciemno", własnym samochodem, bez żadnych rezerwacji, stałych miejsc noclegowych, bez ściśle określonego terminu powrotu. Na pytanie rodziny kiedy wrócimy, odpowiadaliśmy, że wtedy gdy nam braknie gotówki.

Z Polski do Hiszpanii trzeba przejechać trochę kilometrów. Pierwszy przystanek mieliśmy u znajomych w Marburgu po pokonaniu 900 kilometrów. Zabawiliśmy 2 dni troszkę zwiedzając piękne miasteczko, ale nam marzyło się gorące morze. Był już początek października. Z Niemiec wjechaliśmy do Francji, której północno - wschodnia część bardzo nas rozczarowała. Z okien samochodu oglądaliśmy brzydkie, pstrokate domki i dodając gazu chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Awinionu, gdzie planowaliśmy krótki postój. Francja to jednak ogromny kraj, a droga bardzo się nam dłużyła. Na szczęście od Lyonu diametralnie zmienił się krajobraz - to była ta urocza Francja. Dotarliśmy tylko do Montelimar i tutaj trzeba było szukać noclegu - nie było to łatwe. W końcu przenocowaliśmy na tutejszym polu campingowym po wcześniejszym nocnym spacerze w centrum miasteczka.

Montelimar nocą XI wieczny most w Besalu

Następnego dnia cel był jasny - Hiszpania. Dojechaliśmy dość szybko do morza i dalej wzdłuż wybrzeża aż do granicy francusko - hiszpańskiej. Na pięknej widokowej drodze stała tabliczka, że właśnie skończyła się Francja a zaczęła Hiszpania. Zatrzymaliśmy się w miasteczku rodzinnym Salvadora Dali - Figueres. Mieści się tutaj Muzeu Dali. Sam budynek jest już dziełem sztuki, a wewnątrz mieszczą się liczne obrazy, rzeźby, meble i figury szkieletów. Na pewno warto zobaczyć.

Kolejny dzień przywitał nas deszczem, co skłoniło nas do dalszej podróży na południe Hiszpanii w poszukiwaniu resztek lata. Po drodze do Tarragony odwiedziliśmy jeszcze Besalu - średniowieczne miasteczko z XI-wiecznym mostem oraz ulokowaną na sześćdziesięciometrowej skale wioskę Castellfollit de la Roca.

Z noclegiem w Tarragonie nie ma o tej porze roku żadnych problemów. Wzdłuż wybrzeża rozlokowane są liczne pensjonaty, a ceny dużo niższe niż latem. Miasteczko istniało już w starożytności - po Iberach, Kartagińczykach przybyli tu Rzymianie i do dziś pozostało wiele zabytków z tych czasów. Ruiny są rozproszone po całym mieście ulokowanym na skalistym wzgórzu. Można odwiedzić bardzo liczne muzea, amfiteatr, katedrę z prześlicznymi krużgankami. Nam jednak ciągle brakowało hiszpańskiego gorąca. Dlatego po jednodniowym postoju pojechaliśmy odrobinę w głąb półwyspu.

Walka z wiatrakami Na zamku w Morelli Widok z parku narodowego w Calpe

Najpierw dotarliśmy do Morelli. Położenie geograficzne miasteczka sprzyjało budowie obronnego zamku stojącego na przejściu między Aragonią i Valencją. Począwszy od Iberów poprzez Rzymian, Arabów, aż po średniowiecznych Hiszpanów były tu budowane i popadały wielokrotnie w ruinę zamki obronne. Morella była punktem strategicznym we wszystkich wojnach toczonych na Pólwyspie Iberyjskim z bitwami legendarnego El Cida włącznie. Aktualnie zamek wznoszący się na szczycie jest mieszanką budowanych w różnych okresach budowli - od 1410 do 1875 roku. Interesująca odmiana dla spędzających czas w nadmorskich kurortach.

Zamek w Morelli Widok ze skały w Calpe

Nie wiem co nas podkusiło jechać dalej przez pustkowia. Po takich bezdrożach jeszcze nie jeździłem. Samochód bywa tu rzadkim gościem. Wjechaliśmy nawet w stado owiec pędzone środkiem drogi. jakość dróg też nie była nadzwyczajna. Pomimo dzikich widoków zawróciliśmy jednak w kierunku morza i przenocowaliśmy w pobliżu Calpe. Tu następnego dnia wybraliśmy się do parku narodowego Penon de Ifach, gdzie mozolnie wspinaliśmy się na szczyt skalistego cypla, wysuniętego w morze, bardzo kontrastującego swą dzikością z zagospodarowanymi kurortami wzdłuż reszty wybrzeża.

Owce miały pierwszeństwo Gdzieś wśród bezdroży

Dopiero w Alicante powitało nas słońce jakie zapamiętaliśmy z poprzednich wczasów. Pierwszym zakupem po przyjeździe do pięknego Alicante był namiot. Zakup namiotu był strzałem w dziesiątkę. Gęsta sieć doskonale wyposażonych, czystych, zadbanych pól campingowych w Hiszpanii może zadowolić nawet wybrednych. Z plaży w San Juan de Alicante wygonił nas jednak wiatr. Woda w morzu była już dość chłodna.

Park w Elche To już inny park w Elche

W pobliżu Alicante leży Elche - miasteczko będące jednocześnie największym lasem palmowym Europy. W granicach miasta rośnie do 400 000 palm, w tym również daktylowe. Pochodzenie miasteczka sięga czasów Fenicjan, ale systemy nawadniające, rozwój i rozplanowanie miasteczka zawdzięczamy Arabom. Las palmowy takich rozmiarów w Europie jest rajem dla botaników i ekologów, ale także dla turystów. Palmy osiągające wysokość do 30 metrów rosną od 200 do 300 lat. Najciekawsze egzemplarze rosną w specjalnie pielęgnowanych parkach, których mnóstwo w centrum miasta. Najsłynniejszą jest 150 letnia "Palma Imperial". Posiada ona 8 odgałęzień odchodzących od jednego pnia w kształcie ogromnego świecznika. Całość waży ponad 10 ton. W 1894 została ona poświęcona przebywającej tu z wizytą księżniczce Sissi. My podobnie jak kiedyś cesarzowa spacerowaliśmy wśród palm.

Miasteczko westernowe Mini Hollywood Ten bank to mój - przynajmniej przez chwilę

Ponieważ spragnieni byliśmy słońca, plaży, morza zatrzymaliśmy się w Aguilas na nasz pierwszy dłuższy postój. Niewielkie to miasteczko, bez specjalnych atrakcji turystycznych. Dla nas miało tę najważniejszą czyste Morze Śródziemne, plaże praktycznie tylko dla nas. Dla Hiszpanów temperatura 25 °C to powód do założenia kurtek co najmniej późnojesiennych, nie mówiąc już o kąpieli w wodzie - tylko 22°C!!! W październiku!!! Oprócz wylegiwania się na słońcu, warte polecenia w tej okolicy jest odwiedzenie okolicznych pustynnych gór, gdzie podobno rozgrywała się akcja wielu westernów. Świadectwem tego jest kowbojskie miasteczko "Mini Hollywood". Możesz przebrać się w ubiór z czasów odkrywców Ameryki, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, być świadkiem napadu na bank, ale przede wszystkim ugasić pragnienie w tutejszym saloonie.

Zaspokoiwszy pierwszy głód plaży pojechaliśmy dalej na południe zobaczyć perłę architektury hiszpańskiej z czasów panowania kultury arabskiej - Alhambrę w Granadzie. Miasto to jest wyjątkowe z tego powodu, że najdłużej było królestwem Maurów - przez ostatnie 250 lat jedynym na półwyspie - aż do 1492 roku. Przez długie lata żyli tu obok siebie muzułmanie, żydzi, chrześcijanie pod mądrymi rządami tych pierwszych. Sprzyjało to rozwojowi miasta - państwa zarówno gospodarczemu jak i kulturalno - artystycznemu. Na wzgórzu Alhambra znajdują się ogrody "El Generalife", Pałac Królewski oraz twierdza Alcazaba. Zadziwia jak dużo przetrwało z arabskich budowli. Praktyczna informacja -w niedzielę wstęp wolny. Obowiązkiem jest też zwiedzić XVI wieczną katedrę w centrum miasta.

Na dzikim zachodzie też trzeba pracować W Alhambrze Przed katedrą w Granadzie

Jak wspaniałym krajem jest Hiszpania przekonaliśmy się dopiero następnego dnia. W odległości 2-3 godzin jazdy od wybrzeża, około 35 km od Granady znajduje się najwyżej położona droga w Europie w górach Sierra Nevada. Niestety od kilku lat jest nieprzejezdna - trzeba było iść piechotą od miejscowości Solynieve, pięknego kurortu narciarskiego, gdzie od listopada do maja można jeździć na nartach. Pomimo wysokich temperatur na zboczach północnych śnieg leży cały rok. Widoki są niesamowite, a znudzony wspinaczką lub jazdą na nartach pakujesz się w samochód i za kilka chwil leżysz w ciepłym Morzu Śródziemnym.

W Alhambrze W Sierra Nevada

Kolejnym punktem naszej wyprawy był wąwóz "El Chorro". Przejście po Camino El Chorro - ścieżce zbudowanej mniej więcej w połowie wąskiego, kilkudziesięciometrowego wąwozu - było nie lada sztuką. Biorąc oczywiście pod uwagę fakt, że nie była ona remontowana od 80 lat. Na początku ścieżki przy starej, opuszczonej elektrowni wodnej stoi nawet tabliczka z napisem "Wstęp wzbroniony".

Wąwóz El Chorro Przy drodze rosną mandarynki Katedra w Kadyksie

Niezwykle ciekawym miastem jest Ronda. Miasteczko położone jest na skałach przedzielonych 130 metrowej głębokości wąwozem. Obie części miasta łączy monumentalny XVI wieczny most który najlepiej podziwiać w nocy. Na stromych zboczach skalnych znajdują się gniazda wielu gatunków ptaków, a spacer doliną nad rzeką Guadalevin dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. Starówka ma również wiele do zaoferowania - pałac, kościół katedralny, ruiny alcazaru oraz arena corridy z 1781 roku - jedna z najstarszych w Hiszpanii.

Zwiedzając w skwarze hiszpańskiego słońca ponownie zapragnęliśmy plaży, tym razem nad oceanem. Na campingu w Conil spotkała nas niespodzianka, właścicielami okazało się być przemiłe małżeństwo polsko-niemieckie, gdzie w ojczystym języku mogliśmy dowiedzieć wielu ciekawostek i turystycznych wskazówek. Kolejna niespodzianka to tutejsze plaże. Wyrwane morzu, wśród skał, piaszczyste, zalewane ogromnymi falami. Tutejszy rejon to raj dla wielbicieli surfingu i windsurfingu. Podobnie jak nad Morzem Śródziemnym turystów jak na lekarstwo. Pogoda na szczęście dopisała, a woda w oceanie była nawet cieplejsza niż w Aguilas.

"Nasza" plaża w Conil Woda słona, ale jaka ciepła

Kolejnym miastem odwiedzonym przez nas między kąpielami słonecznymi był Kadyks. Miasto ma ponad 3000 letnią tradycję. Zostało założone przez Fenicjan i przez wieki byo ważnym portem morskim. Rozkwit miasta to jednak wiek XVIII - okres bujnego handlu z koloniami amerykańskimi. Stary Kadyks z trzech stron otoczony jest morzem. Stojąc na wybrzeżu przy fortyfikacjach brzegowych można sobie tylko wyobrazić przypływające tu statki obładowane amerykańskim złotem i srebrem. Przyjemnie spaceruje się wśród wąskich uliczek. Warto zajrzeć do XVIII wiecznej katedry z pozłacaną kopułą.

Wschód słońca nad Morzem Śródziemnym W centrum Kadyksu

Ponieważ minął już czwarty tydzień naszej wyprawy, w portfelu zaczęło się pokazywać dno. wybraliśmy się zatem w drogę powrotną z kilkoma planowanymi już wcześniej postojami. Pierwszy wypadł w Sewilli. Moim zdaniem to najpiękniejsze miasto południowej Hiszpanii. W odróżnieniu od innych miast hiszpańskich będących po sezonie uderzały tutaj czystość i porządek. Mieszka tu około 700 000 Hiszpanów. Miasto diametralnie zmieniło się w roku 1992, kiedy to tu odbywało EXPO 92 co wpłynęło na ogromny rozwój miasta. W starożytności znajdowało się tutaj fenickie lub iberyjskie (nie do końca to wyjaśniono) miasto Hispalis zdobyte w 205 p.n.e przez Rzymian. Później miasto rozkwitło pod panowaniem Maurów, by w 1248 zostać zdobytym przez króla Ferdynanda III. Do XVII wieku była Sewilla portem dominującym w wyprawach do "Nowego Świata", ale po zamuleniu rzeki Guadalqiuvir łączącej miasto z oceanem jej rolę przejął Kadyks. Obok XII wiecznej wieży zwanej Giraldą, w miejscu dawnego meczetu, w XVI wieku została zbudowana jedna z największych katedr na świecie - bodajże trzecia co do wielkości. Mieliśmy to szczęście, że akurat w dniu naszego pobytu w Sewilli oddawano do użytku odrestaurowane organy i z tej okazji w zapełnionej do ostatniego miejsca katedrze wysłuchaliśmy koncertu organowego. Niesamowite przeżycie. Również zachwycił nas Plac Hiszpański zlokalizowany przy Parku Marii Luizy. Wokół placu znajdują się herby, mapy i sceny historyczne wszystkich hiszpańskich prowincji. Barwy wyglądają niesamowicie, zwłaszcza przy wschodzącym słońcu - idealne miejsce na spacer i odpoczynek. Trzeba jeszcze obejrzeć Alkazar, przebudowany przez chrześcijańskich władców z muzułmańskiego pałacu.

Kasia na polu bawełny Na Placu Hiszpańskim w Sewilli
Sklepienie katedry w Sewilli Widok z Giraldy na arenę walki byków

Kolejne piękne miasto to Cordoba. Miejscem, które trzeba tu odwiedzić jest Mezquita - dawna świątynia muzułmańska, która była centrum życia religijnego muzułmanów iberyjskich. Wewnątrz świątyni uderza las niezliczonych kolumn o biało - czerwonych łukach. Centrum świątyni był kiedyś Mihrab 1000 letnia nisza modlitewna, której sufit wykonany jest z jednego kawałka marmuru, a ściany są poryte przepiękną bizantyjską mozaiką. Za czasów chrześcijańskich wybudowano w centrum świątyni renesansowy chór i główną kaplicę - co niestety zmieniło na niekorzyść wygląd całości.

Most w Rondzie Cordoba - Mezquita
W Andorze Carcassone

Ostatnim etapem podróży była Andora, gdzie zachęceni pobytem przed 2 laty pojechaliśmy podziwiać piękne widoki górskie, a przede wszystkim na zakupy w strefie wolnocłowej. U podnóża Pirenejów, po stronie francuskiej zwiedziliśmy jeszcze Carcasone - średniowieczne miasteczko z ogromnym zamkiem, po którym pospacerowaliśmy kilka chwil. Trzeba było jechać dalej - przed nami 2000 km do domu. Niestety w Polsce było już bardzo zimno - zaczął się właśnie listopad. A jeszcze kilka dni temu kąpaliśmy się w oceanie. Dlaczego u nas nie jest tak ciepło.

 

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]