SZWAJCARIA 2001


Po raz kolejny okazało się, że wcześniejsze dokładne planowanie wakacji nie opłaca się. Ponieważ nasze plany urlopowe nie były dopięte na ostatni guzik, mogliśmy przyjąć nieoczekiwaną ofertę spędzenia kilku dni w Lozannie. Korzystając z gościnności wspaniałej rodziny Patiny pojechaliśmy zwiedzić francuskojęzyczny kanton Vaud w Szwajcarii.

Lozanna jest oddalona od Częstochowy o 1300 kilometrów, zatem musieliśmy pokonać szmat drogi aby tam dotrzeć. Przejeżdżając przez granicę niemiecko-szwajcarską nie mogliśmy oprzeć się pokusie by choć rzucić okiem na największy europejski wodospad w Schaffhausen. Wypływający tu z Jeziora Bodeńskiego Ren spada z wysokości 23 metrów. Ilość przepływającej wody to średnio 400 metrów sześciennych na sekundę.
My oglądaliśmy wodospad zza rzeki, ale istnieje też możliwość spojrzenia nań z zamku Laufen lub z tarasu widokowego u podnóża zamku. Można również zafundować sobie wycieczkę łódką do samego wodospadu. Dobija ona do skały rozdzielającej prąd wodny i wchodząc po schodach możemy znaleźć się w samym centrum szalejącego żywiołu.

Największy wodospad w Europie Jezioro Genewskie

My jednak spiesząc się do Lozanny pomknęliśmy autostradą na południe. W Szwajcarii obowiązują winietki na szybę zezwalające na korzystanie z autostrad. Są one ważne cały rok i kosztują 40 franków. Kupując na granicy trzeba uważać, gdyż proponowana sprzedaż za niemieckie marki jest mniej opłacalna.

Pogoda spłatała nam trochę figla i Lozanna powitała nas deszczem. Odwiedziliśmy zatem pierwszego dnia tylko dzielnicę Lozanny - Ouchy, dawną wioskę rybacką a obecnie turystyczny port, gdzie pospacerowaliśmy wzdłuż brzegów Jeziora Genewskiego. Nawet przy zachmurzonym niebie wysokie do 3000 metrów Alpy wznoszące się po przeciwnej, francuskiej stronie jeziora robią niesamowite wrażenie.
Zasięgnęliśmy również języka w punkcie informacji turystycznej, mieszczącym się w końcowej stacji metra. Można tu otrzymać plan miasta oraz wiele ciekawych informatorów nie tylko o Lozannie, ale i o całym kantonie Vaud.

Przed zameczkiem w Ouchy Na głównym placu w Vevey Pomnik Chaplina w Vevey

Pierwszym odwiedzonym przez nas miasteczkiem było Vevey. W każdą sobotę odbywa się tu jarmark. Na głównym placu pełnym straganów oprócz zakupów można również popróbować szwajcarskiego wina, sera oraz posłuchać dętej orkiestry. Niestety tylko to ostatnie za darmo. Miasteczko jest jednym z dwóch kurortów Szwajcarskiej Riwiery (obok Montreaux). Łagodny klimat, widoki na góry, ciepła woda w jeziorze, wspaniałe winnice sprawiły, że okolice te chętnie odwiedzali artyści. W okolicach Vevey mieszkał przez ostatnie lata swego życia Charlie Chaplin. Do dziś przy deptaku nad brzegiem jeziora stoi jego pomnik.
Pomiędzy Vevey, a Lozanną znajduje się niewielkie średniowieczne miasteczko Lutry. Piękny deptak, a przede wszystkim wąskie uliczki wśród starych kamieniczek ozdobionych kwiatami to idealne miejsce na spacer w przeszłość. Spacer po brukowanych uliczkach ułatwia oznakowana trasa z opisanymi najważniejszymi zabytkami sięgającymi XI wieku. Z XIII wieku pochodzi kościółek, będący pozostałością po klasztorze. Najdziwniejsze, że prawie wogóle nie ma tu turystów. Podobnie jak w wielu atrakcyjnych miejscach w Szwajcarii.
Zakończyliśmy dzień zwiedzając park z siedzibą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Krzysiowi najbardziej podobała się fontanna zlokalizowana za budynkiem, gdzie pluskają się dzieci, co ciekawe bardzo różnokolorowe. W parku przy plaży całe rodziny murzyńskie, arabskie, azjatyckie i europejskie urządzają sobie pikniki wylegując się na trawce i zajadając mięsko z grilla.
Oczywiście korzystając z pogody zaliczyliśmy kąpiel w Jeziorze Genewskim - pierwszą w czasie tych wakacji. Wzdłuż brzegów jeziora znajduje się kilkanaście publicznych plaż, gdzie można się pluskać w ciepłej i dość czystej wodzie do woli.

W czasie targu w Vevey można posłuchać regionalnej muzyki Wspinaczka na Rochers de Naye
Jezioro Genewskie - widok z Rochers de Naye Alpy Vaudyjskie

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić w górach. Wspólnie z Jadzią, Lukiem i malutką Oceanią wybraliśmy się na szczyt Rochers de Naye (2041m). Można wprawdzie wjechać tu, prawie na samą górę pociągiem (latem wagoniki cięgnie nawet parowa ciuchcia), ale my zdecydowaliśmy się na wspinaczkę. Po dojechaniu na parking w Souchaux na wysokości 1200 metrów pozostałe 800 musieliśmy pokonać pieszo. Początkowo, z językami do pasa, szliśmy otoczeni chmurami i tylko z opowiadań Jadzi dowiadywaliśmy się jakie piękne są tu widoki. Na szczęście już na samym szczycie chmury rozwiały się i ujrzeliśmy panoramę Jeziora Genewskiego widzianego z wysokości 2000 metrów. Z końcowej stacji kolejki można przejść podziemnym tunelem na drugą stronę góry i wypić kawkę w kawiarni ze wspaniałymi widokami na lazurowe wody jeziora. Ten sam widok można zobaczyć po kilkuminutowej wędrówce na sam szczyt. Również widoki w stronę północno-zachodnią na Alpy Vaudyjskie wprawiają w zachwyt nawet wybrednych turystów. Spacerując po Alpach w drodze powrotnej, już bez dużego wysiłku (nie licząc Krzysia na plecach) porównywaliśmy je trochę z naszymi górami. Największą różnicą są chyba stada krów pasących się z dzwoneczkami na szyji na stromych zboczach. U nas łatwiej chyba o owieczki.

Dla pewnej odmiany kolejnego dnia pojechaliśmy do Genewy. Miasto nie zachwyciło nas. Być może z powodu nie najlepszej pogody, kłopotów z zaparkowaniem samochodu i swojej wielkości. Miasto, którego historia sięga czasów Juliusza Cezara, posiada wiele wspaniałych zabytków, ale najbardziej rzucają się w oczy zlokalizowane wzdłuż brzegu Rodanu i nie tylko siedziby najróżniejszych banków. Centrum jest zlokalizowane w miejscu, gdzie z Jeziora Genewskiego uchodzi Rodan. Tutaj znajduje się jeden z symboli Genewy - wyrzucająca wodę na wysokość 140 metrów fontanna. Cała zatoczka otoczona jest ogromnymi terenami parkowymi - jest gdzie pospacerować.

Przed siedzibą ONZ Siedziba Czerwonego Krzyża w Genewie

Starówka mieści się na południowym brzegu miasta. Najbardziej znaną jej budowlą jest 800 letnia katedra świętego Piotra oraz ratusz "Hotel de Ville" z XV wieku. Idąc w kierunku Rodanu zabytkowe budynki zaczynają się mieszać z nowoczesnymi centrami handlowymi. Najlepiej zakupy pamiątek robić jednak na Rue du Mont Blanc znajdującej się już po drugiej stronie rzeki. Dalej w kierunku północnym mieszczą się siedziby organizacji międzynarodowych - ONZ i Czerwonego Krzyża. Niestety nie udało się nam wejść nawet do parku wokół Pałacu Narodów nie mówiąc o samym budynku. Otrzymaliśmy informację, że wejście jest możliwe tylko z przewodnikiem i to o określonej godzinie i musielibyśmy bardzo długo czekać.

Zamek w Gruyere Zamek w Gruyere
W fabryce serów Główna uliczka w Gruyere

Przepięknym miasteczkiem jest Gruyere. Położone u podnóża Le Moleson i otoczone przez wiele innych szczytów jest bardzo malownicze. Najpierw odwiedziliśmy jego współczesną część. Tu przyjeżdża się aby zwiedzić fabrykę sera. Twórcy fabryki-muzeum starają się oddziaływać na wszystkie zmysły zwiedzających. Przede wszystkim można na własne oczy zobaczyć jak z 400 litrów mleka po odpowiedniej obróbce termiczno-enzymatycznej formuje się 35 kilogramowe krążki sera. O całym procesie opowiada w kilku językach narrator ("producent" mleka) krowa. Dodatkowo można powąchać wiele zapachów natury od traw, kwiatów, aż do serów. W cenie biletów jest także skosztowanie trzech rodzajów sera produkowanych w tej fabryce.
Do Gruyere przyjeżdża się również aby wejść do zamkniętej dla ruchu kołowego starówki z XV-wiecznym zamkiem. W położonym na wzgórzu, otoczonym murami obronnymi miasteczku wszystkie ozdobione kwiatami budynki to hotele, restauracje, sklepiki lub muzea. Oprócz historycznego muzeum na zamku w jednej z kamienic mieści się muzeum HR Gigera, który robił dekoracje do filmu "Obcy".
Tutejszym przysmakiem są bezy, jedzone z bardzo gęstą śmietaną (50%). Smakowały szczególnie Krzysiowi.

Jezioro Genewskie w okolicy Montreaux Chateau de Chillon

Drugim, a może nawet pierwszym zważywszy na ekskluzywne hotele, kurortem nad Jeziorem Genewskim jest Montreaux. W jego pobliżu leży zbudowany tuż nad jeziorem zamek Chillon. Mający swe początki w mrokach średniowiecza z murami z XI-XIII wieku bywał natchnieniem dla wielu poetów. To tu przez cztery lata przykuty do filara w lochach cierpiał opiewany przez Byrona przeor Bonivard. Zwiedzanie wielopoziomowego zamku bardzo ułatwia otrzymywana w kasie broszura dostępna też w języku polskim. Nie ma w zamku ogromnych ilości eksponatów muzealnych, ale same walory architektoniczne i widoki z okien na jezioro i Alpy są wystarczającym powodem, dla którego watro odwiedzić zamek. Nieopodal zamku znajduje się bardzo urokliwa plaża ze wspaniałym widokiem zamku.

Rewelacyjną wycieczką dla naszego Krzysia był wyjazd do Bouveret i mieszczącego się tam Swiss Vapeur Parc - miniaturowego miasteczka kolejowego. Wybudowane z wielką dbałością o szczegóły na obszarze 12000 metrów kwadratowych jest miejscem doskonałej zabawy dla najmłodszych. Już sam spacer wśród modeli rzeczywistych budynków (zamków, kościołów, sklepów itp.) oraz lini kolejowej z dworcem, wiaduktami i tunelami jest atrakcją, a co dopiero przejazd kolejką ciągniętą przez spalinową lokomotywkę lub miniaturową ciuchcię parową. Można jeździć do woli w cenie biletu i chociaż pojedynczy przejazd trwa dość długo dopiero po trzech rundach udało nam się ściągnąć Krzysia z wagonika.
Niedaleko Bouveret odwiedziliśmy jeszcze zamek w Aigle. Mieszczą się tu dwa muzea: wina i etykietek na butelki z win. W tym pierwszym można obejrzeć historyczne metody produkcji wina od uprawy winorośli aż po procesy magazynowania gotowego napoju. Jest tu również kolekcja naczyń związanych z przechowywaniem wina oraz jego spożywaniem. Wszystko to mieści się w salach XII wiecznego zamku położonego wśród uprawianych pól winorośli. Muzeum etykietek mieści się w budynku obok i pokazuje jak wiele jest krajów gdzie uprawia się winorośle. Nie mieliśmy pojęcia, że tak dużo wina produkuje się w Ameryce Południowej. Znaleźliśmy również etykiety z owocowych win z Polski z lat pięćdziesiątych bodajże "Ślązak".

Przejażdżka ciuchcią w Bouveret Zamek w Aigle

Korzystając z faktu, że Szwajcaria to kraj nieduży i odległości pokonywane są autostradami postanowiliśmy zajrzeć również nad drugie duże jezioro - Neuchatel. Pojechaliśmy najpierw do Grandson, gdzie znajduje się wspaniały zamek z XI-XIV wieku. W zamku znajduje się niezła kolekcja średniowiecznego uzbrojenia oraz makiety bitew z XIV i XV wieku między federacją kantonów szwajcarskich a Burgundią. Historię tych zmagań, które doprowadziły do umocnienia i rozszerzenia Szwajcarii, można prześledzić na diaporamie prezentującej w kilku językach najważniejsze wydarzenia tego okresu. Zobaczyliśmy średniowieczne wyposażenie zamku - od sali tortur, przez komnaty gościnne aż do sypialni. Co ciekawe sale reprezentacyjne są wynajmowane na różnego rodzaju imprezy. Chociażby na wesele po romantycznym ślubie w zamkowej kaplicy. Największa niespodzianka czeka jednak na zwiedzających na parterze zamku (a może to już były piwnice?). Zebrano tu większą ilość "old-timerów". Obok samochodów nawet XIX-wiecznych stoją równie stare motory i bicykle o najróżniejszej konstrukcji. Przy niektórych pojazdach zastanawialiśmy się jak to wogóle jeździło. Ozdobą kolekcji jest samochód Churchila oraz Rollce-Royce Grety Garbo.
Kolejnym miasteczkiem nad jeziorem Neuchatel jest Yverdon-les-Bains. Pomimo tego iż jest to dużo starsze i większe miasteczko, a dodatkowo trwają prace przygotowawcze do przyszłorocznej wystawy EXPO my skoncentrowaliśmy się głównie na kąpieli i wypoczynku nad jeziorem w przepięknym parku. W centrum miasteczka jest wprawdzie zamek i wąskie uliczki między zabytkowymi kamieniczkami mają swój urok, ale ciepła i płytka woda zatrzymała nas całe popołudnie.

Widok na Le Chatelet Lodowiec d'Orny
Le Chatelet w chmurach Przed schroniskiem Cab d'Orny

Korzystając z pięknej słonecznej pogody wybraliśmy się na kolejną wyprawę w góry. Tym razem już do kantonu Vallise w masyw Mont Blanc.
Po dojechaniu do Champex wsiedliśmy na krzesełka wyciągu, który zawiózł nas na wysokość ponad 2000 metrów do podstawy skalistego szczytu La Breya. Trawersując wzdłuż grzbietów mozolnie wspinaliśmy się coraz wyżej na szczęście nie widząc, że z dzieciakiem "na barana" było to trochę niebezpieczne. Wszelkie widoki początkowo zasłaniały chmury, wśród których przyszło nam iść. Po godzinnym marszu chmury rozwiały się, a my doszliśmy do rozległego, płaskiego wąwozu pełnego pasących się na wysokości 2460 metrów owieczek. Dopiero od tego miejsca zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Spory wysiłek wynagradzały nam wspaniałe widoki na okoliczne trzytysięczniki, a w końcowym odcinku na lodowiec d'Orny, który był naszym celem. Po raz pierwszy w życiu słyszałem i widziałem (niestety z daleka) świstaka. Dotarliśmy do schroniska Cab d'Orny na wysokości 2840 metrów odrobinę zmęczeni. Krzyś nie mógł nacieszyć się śniegiem w lecie. Nie zdecydowaliśmy się na dalszą wspinaczkę. Godzinkę wyżej było kolejne schronisko i widoki na czterotysięczniki, ale trzeba już iść po śniegu, a my nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu, a dodatkowo dzieciaka na głowie. On najszybciej odczuł rzadkość powietrza - w drodze powrotnej spał smacznie niesiony przez tatę. Nie jest to jeszcze wysokość przy której brak powietrza, ale pewien dyskomfort oddechowy daje się zauważyć. Dopiero w drodze powrotne już w pełni mogliśmy podziwiać widoki na okoliczne wierzchołki oraz na doliny i miejscowości u podnóża gór.
Wracając już samochodem zatrzymaliśmy się jeszcze w Les Valletes by obejrzeć wąwóz rzeki Durnand. Krótka, godzinna wycieczka po 130 letnich drewnianych schodkach i pomostach wzdłuż 14 kaskad trochę przypomniała nam klimat Słowackiego Raju. Tam jednak było się bliżej żywiołu. Tu ogląda się spadające z gór masy wody z pewnej wysokości. Na pewno jeszcze ciekawiej jest tutaj wiosną w czasie roztopów.

Zamek w Grandson Nauka wspinaczki Wąwóz Durnand

Jedną z ostatnich wycieczek, która doszła do skutku dzięki uprzejmości Jadzi i Luka, była nauka wspinaczki u podnóża Tour de Femelon. Po dojechaniu do schroniska Pierre de Moelle i godzinnym podejściu dotarliśmy do pionowej skałki o sporych rozmiarach, która jest miejscem nauki wielu początkujących alpinistów. Wytyczonych jest tu wiele krótkich ścieżek o różnym stopniu trudności. Korzystając z porad i sprzętu doświadczonych w tym względzie Jadzi i Luka próbowałem pokonywać te łatwiejsze i z niedowierzaniem spoglądałem na wspinające się obok 4 i 5-latki. Kiedyś trzeba było zacząć. Przy mojej sprawności fizycznej nie będzie ze mnie zawodowca. Wieczorem zajadaliśmy się jeszcze przygotowaną przez Jadzię szwajcarską potrawą narodową - serem Raclettee.

Zbliżał się nieuchronnie termin naszego wyjazdu, a my jeszcze nie zwiedziliśmy miejsca naszego pobytu - Lozanny. W mieście , którego historia sięga początków średniowiecza, a nawet czasów rzymskich, obowiązkowo trzeba zobaczyć Stare Miasto. Jego główną atrakcją jest 800-letnia Katedra Notre-Dame,700-letni kościół św. Franciszka i 600-letni pałac St-Maire. Ciekawe architektonicznie budynki spotyka się tu jednak na każdym kroku i to zarówno w centrum, jak i w niezliczonych wprost parkach. Spacerując po mieście uderza różnorodność jego mieszkańców. Nie widziałem jeszcze w żadnym mieście tylu obcokrajowców. Podobno w Szwajcarii w miarę łatwo o prawo pobytu stałego mając pracę, ale bardzo trudno o szwajcarskie obywatelstwo.

Siedziba MKOl w Lozannie Pałac St.Maire w Lozannie

Z ogromnym żalem opuszczaliśmy Lozannę, ale nasze plany wakacyjne zrealizowaliśmy dopiero w połowie. Postanowiliśmy jeszcze po drodze zobaczyć inne rejony Szwajcarii przynajmniej z okien samochodu. Niesamowite wrażenie sprawiają wioski górskie w niemieckojęzycznej części. Malowniczo położone na zboczach Alp domki, wszystkie z jednakowego, ciemnego drewna są dodatkowo przyozdobione ogromnymi ilościami kwiatów. Czuliśmy się jak w jakiejś bajce.

Widoki na przełęczy Nufenen Widoki z przełęczy Nufenen


Pokonując przełęcz Nufenen z widokami na ośnieżone szczyty wjechaliśmy do kantonu Ticino - włoskojęzycznego. Zatrzymaliśmy się jeszcze w jego stolicy Bellizzonie. Miasto w którym znajdują się 3 średniowieczne zamki zaskoczyła nas zupełnym brakiem turystów i mieszkańców. Ulice puste, prawie nie uświadczysz żywej istoty. Same zamki zdecydowanie lepiej prezentują się z oddali. To już nie zwarte budowle zamków zwiedzanych przez nas dotychczas. Tutaj ogromne dziedzińce otoczone są przez długie mury. Najciekawiej miasteczko wygląda z najmniejszego i najwyżej położonego zamku, do którego można dojechać krętą szosą samochodem. Po zwiedzeniu tutejszej katedry wsiedliśmy do samochodu i pomknęliśmy do niezbyt już odległych Włoch.

 

Praktyczne informacje:

 

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]